Bez punktów w Mielcu

W 4. kolejce PKO Bank Polski Ekstraklasy piłkarze Białej Gwiazdy zameldowali się w Mielcu, gdzie zmierzyli swoje siły z zespołem miejscowej Stali. Po końcowym gwizdku sędziego Szymona Marciniaka w lepszych humorach byli gospodarze, którzy pokonali krakowian 2:1 i zainkasowali pierwszy komplet punktów w obecnej edycji rozgrywek. Jak piątkową potyczkę ocenili dziennikarze?

 


  • 14.08.2021r.
  • Redakcja

Gazeta Krakowska

„Pierwsi do ataków ruszyli gospodarze. Nie bawili się w żadne badanie sił, tylko poszli do przodu. Wisła na początku spotkania miała spore problemy, by po odbiorze piłki przejść płynnie do ataku. Krakowianom mocno utrudniali to agresywnie grający mielczanie, którzy błyskawicznie odzyskiwali futbolówkę. Inna sprawa, że taka ich gra sprawiła, że już w 8 min mieli na koncie dwie żółte kartki, bo takimi właśnie kartonikami ukarał Szymon Marciniak najpierw Macieja Urbańczyka, a chwilę później Marcina Budzińskiego.

(…) Dodajmy, że z tej początkowej przewagi Stali nie było żadnych wymiernych efektów, bo miejscowi ani razu w tym fragmencie gry nie zagrozili bramce Wisły. Ta z kolei zaczęła stwarzać sobie okazje na gole. W 14 minucie miał taką Michal Skvarka, ale zdecydował się na podanie i było po szansie, bo został zablokowany. Dwie minuty później powinno być już jednak 1:0 dla gości. Po dalekim wybiciu Pawła Kieszka, a później świetnym, prostopadłym podaniu Michala Skvarki, w sytuacji sam na sam z Rafałem Strączkiem znalazł się Yaw Yeboah. (…) W 21 min pierwszy raz w Wiśle dużą klasą błysnął Paweł Kieszek. Z rzutu wolnego świetnie strzelał Mateusz Mak, ale bramkarz „Białej Gwiazdy” wyciągnął się jak struna i sparował piłkę na poprzeczkę.

W kolejnych minutach mieliśmy sporo błędów, niedokładności, prostych strat z obu stron. Brakowało płynności akcji, wymiany kilku podań z rzędu. Pierwsza z takiego marazmu otrząsnęła się Stal, który tuż przed upływem pół godziny gry przycisnęła Wisłę, czego efektem było kilka stałych fragmentów gry - rzutów rożnych, autów blisko bramki gości.

W 38 min Michal Skvarka podał piłkę do Dora Hugiego, a ten strzelił gola dla Wisły. Krakowianie długo się jednak nie nacieszyli, bo chwilę później sędzia liniowy podniósł chorągiewkę, a główny odgwizdał spalonego. Wątpliwości nie było cztery minuty później z drugiej strony boiska. Można się było zastanawiać, jak Aleksandar Kolew mógł mieć tyle miejsca i czasu przed polem karnym, żeby przyjąć piłkę obrócić się i uderzyć. Fakty były jednak takie, że to miejsce miał, a jak już uderzył, to w kapitalny sposób. Piłka odbiła się jeszcze od poprzeczki i wpadła do siatki. Kieszek w tej sytuacji był bez szans, a Wisła musiała odrabiać straty.

Na to, co prezentowali wiślacy w pierwszej połowie musiał być zły trener Adrian Gula. Słowacki szkoleniowiec nie czekał bowiem ani minuty, tylko już w przerwie zdecydował się na trzy zmiany. Od początku drugiej połowy zobaczyliśmy zatem na boisku ofensywnych piłkarzy: Jakuba Błaszczykowskiego, Mateusza Młyńskiego i napastnika Felicio Brown Forbesa. Efekty przyszły niemal natychmiast, choć kluczowe role odegrali w 47 min zawodnicy, którzy grali w tym meczu od początku. Dośrodkował bowiem Matej Hanousek, a głową piłkę do siatki posłał Jan Kliment.

Tak jak jednak Stal szybko straciła gola, tak błyskawicznie odzyskała prowadzenie. Najpierw na skrzydle mnóstwo miejsca i czasu miał Krystian Getinger, który dośrodkował w pole karne. A w nim niewielki przecież wzrostem Mateusz Mak okazał się sprytniejszy od Michala Frydrycha i Macieja Sadloka, pakując głową piłkę do siatki. Gospodarze nabrali pewności siebie, bo mecz układał się dla nich bardzo dobrze, a Wisła miała wyraźne problemy, żeby złapać właściwy rytm. W końcówce wreszcie udało się Wiśle zamknąć Stal w jej polu karnym. Krakowianie w tym fragmencie meczu mieli dużą przewagę, ale gospodarze tak zagęścili swoje przedpole, że ciężko się było przebić. Posyłane w pole karne dośrodkowania padały zatem łupem albo obrońców, albo dobrze dysponowanego Rafała Strączka. Gole już zatem nie padły, a Wisła przegrała drugi mecz z rzędu”.

Interia

„Podopieczni Adriana Guli zaczęli odważnie. Pierwszą groźną okazję stworzyli po kwadransie gry. Przed szansą stanął Yaw Yeboah. Była to podobna sytuacja do tej, którą miał w meczu z Rakowem. Wtedy trafił do siatki. Tym razem uderzył dużo gorzej i złapał piłkę Rafał Strączek. Gospodarze największe zagrożenie stwarzali po stałych fragmentach. Tak było w 22. minucie, kiedy po strzale Mateusza Maka, debiutujący w Wiśle Paweł Kieszek, sparował piłkę na poprzeczkę. Chwilę później, po wrzutce z rzutu rożnego, dobrą sytuację miał Jonathan de Amo. Uderzał z woleja, ale trafił w kolegę. W 38. minucie piłka wylądowała w bramce Stali. Umieścił ją tam Dor Hugi. Jednak Michal Szkvarka, który mu podawał, był na spalonym i gol nie został uznany.

Stal odpowiedziała cztery minuty później. Przy tym trafieniu nie było wątpliwości. Wielu piłkarzy Stali można podejrzewać o piękne uderzenie sprzed pola karnego pod poprzeczkę, ale raczej nie Aleskandara Kolewa. Wyszedł mu jednak "strzał życia" i nie dał żadnych szans Kieszkowi. W efekcie do przerwy gospodarze prowadzili.

Drugą połowę Wisła zaczęła lepiej niż pierwszą. Zaraz po wznowieniu gry, precyzyjnym strzałem głową popisał się Jan Kliment i doprowadził do wyrównania. Wydawało się, że "Biała Gwiazda" powoli się rozkręca, ale gospodarze szybko ukrócili te zapędy rywali. Już w 52. minucie, kolejny raz prowadzenie Stali dał Mateusz Mak. (…) Do końca wynik się już nie zmienił. Wisła nie potrafiła już stworzyć dobrych sytuacji. Stal przeważała i na kwadrans przed końcem mogła powiększyć prowadzenie. Po rzucie rożnym, obrońcom urwał się Mateusz Matras i mocno uderzał z woleja. Kieszek jednak odbił piłkę. W efekcie Stal, pierwszy raz w sezonie 2021/22, zgarnęła trzy punkty”

Onet

„Mimo że to Biała Gwiazda uzbierała w trzech kolejkach tego sezonu cztery punkty, a goście tylko jeden, że wiślacy w teorii chcieli grać odważnie i dominować, to jednak Kieszek miał pierwszy okazję, by się wykazać. Mateusz Mak precyzyjnie przymierzył z rzutu wolnego, 37-letni bramkarz czubkami palców strącił piłkę nad poprzeczkę.

Sygnał ostrzegawczy dla zawodników z Krakowa był to dość poważny, podobnie jak i sytuacja de Amo, który również mógł po rzucie rożnym strzelić na 1:0, ale źle trafił w piłkę. Kiedy wydawało się, że Biała Gwiazda znów ma mecz pod kontrolą, Stal pokazała, że z jej napastnikami wcale nie jest tak źle, jak mówiono. Okazało się, że najważniejsze roszady przed tym spotkaniem wcale nie były w bramce, kluczowe okazało się wprowadzenie do pierwszego składu Aleksandara Koleva. Bułgar ostatnie dwa spotkania rozpoczynał na ławce, w piątek pokazał, że być może niesłusznie. Znakomicie przyjął piłkę przed polem karnym, uderzył lewą nogą tak precyzyjnie, że piłka odbijając się jeszcze od poprzeczki i wpadła do siatki.

(…) Szkoleniowiec Wisły wiedział, że jeśli nie zdecyduje się na zmiany, ten scenariusz może się sprawdzić, dlatego już w 46 minucie wprowadził na boisko trzech nowych graczy. Biała Gwiazda miała być skuteczniejsza i taka też była, choć akurat do remisu doprowadził Jan Kliment, który grał od początku. Stal jednak zbyt mocno poczuła w tym meczu krew, by odpuścić, za mocno wierzyła, że wreszcie jest w stanie wywalczyć komplet punktów. Czuł to Mak, którego w pierwszej połowie zatrzymał Kieszek. Po przerwie znalazł jednak sposób, by pokonać wracającego do ekstraklasy bramkarza”.

Fotogalerie

Wisła Kraków TV